Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 czerwca 2016

Krótka relacja z Cabedelo/Portugalia.

W końcu przyszedł czas na mnie, jeżeli chodzi o Boogie na oceanie.
Wybór padł na Portugalię - stolicę europejskiego bodyboardingu. Ze względu na to, że były
to również rodzinne wakacje, jako bazę wypadową wybraliśmy Coimbre.
Stąd mieliśmy blisko do miejscowości Figueira Da Foz, gdzie mieści się sławny spot Cabedelo,
na którym dosyć często rozgrywane są zawody surfingowe/bodyboard.

W czasie pobytu odwiedziliśmy (czytaj: liznęliśmy) kilka sławnych spotów surfingowych, takich
jak np. Supertubos obok Peniche czy Nazare, jednak najwięcej warunków do pływania
podarował nam spot Cabedelo oraz spot obok niego - Gala.

Na miejscu, w jednym z ośrodków Bodyboard poznaliśmy przemiłego gościa,
który od około 20 lat pływa na BB, jest instruktorem oraz sędzią BB.
Ciekawostka - Rodrigo, bo tam na imię, specjalizuje się w drop knee - kosmicznie
to wygląda na żywo :)

Poprosiłem Rodrigo o krótką lekcję wprowadzającą do pływania na oceanie, ale tak
nam się dobrze razem pływało, że prawie cały wyjazd siedzieliśmy razem w wodzie na
jednym spocie. Od niego otrzymałem sporą ilość wiedzy odnośnie BB oraz ciekawostek
i zwyczajów związanych z surfingiem.

Teraz kilka słów o spocie Cabedelo, może komuś się przyda :)
Spot Cabadelo (nazwa prawdopodobnie wzięta od nazwy ulicy, która przebiega obok) znajduje
się po lewej stronie od wejścia do portu Figueira Da Foz. Główny break point to mielizna powstała
na wraku rozbitego o falochron statku. Właśnie w tym miejscu zaczynają się długie prawe, które
przy sprzyjających warunkach potrafią ponieść pawie przez minutę na sam brzeg.
Po tym wychodzimy na plaże i wracamy na falochron, gdzie mamy tzw. Canal, który wiezie
nas na sam line-up (wzdłuż falochronu) - jest to zasługa cofającej się spowrotem do oceanu
wody.

Generalnie na tym spocie warunek jest zawsze, albo mały albo gigantyczny - czasami fale sięgają
wysokości 3 metrów. Rano zawsze mamy offshore, koło 12 w południe wiatr odwraca się
o 180 stopni - wtedy jest przerwa od pływania aż do około godziny 18, gdy znowu
włącza się offshore i pływamy do zmroku :) Dodatkowo mamy przypływy i odpływy,
które regulują nam wysokość fali oraz jej moc :)
Jeżeli dostaniemy wiatr z odpowiedniego kierunku - fale zaczynają się tubować.
Niestety podczas mojego pobytu nie miałem szczęscia schować się w tubie, ale za
to byłem świadkiem 2,5 metrowych falek (patrz filmik).

Rodrigo pierwszego dnia na Cabadelo "wepchnął" mnie na 2m falki, z początku
miałem niezłego cykora, bo nie doświadczyłem takich fal na Bałtyku, ale póżniej
już było tylko lepiej :)

Rodrigo podzielił się za mną cenną wiedzą na temat zasad panujących na spocie,
prawach lokalesów versus przyjezdni, czytania fal, szacunku do oceanu i generalnie do życia,
w którym surfing zajmuje w Portugali bardzo wysokie miejsce.

Na Cabedelo zawsze spotykałem w wodzie lokalnych seniorów w wieku 50-60 lat.
Mieli oni warunek we krwi. Do nich zawsze należała pierwsza fala z seta - traktowani
byli przez wszystkich jak bogowie, kto się z tym nie zgadzał lub o tym nie wiedział
(przyjezdni) często ponosił "karę" rozjechania :)

Ta moja wyprawa to zaledwie początek przygody z pływaniem na oceanie.
Portugalia to kraj, do którego napewno trzeba będzie jeszcze pojechać.

Poniżej link do krótkiego filmiku.

Przepraszam za marną jakość i małą ilość materiału, ale tak naprawde
nie miał kto kręcić - brakowało Sikora :P
A z drugiej strony, kto tak naprawdę myślał o kręceniu, gdy takie falki czekały :)

Aloha!




piątek, 6 lutego 2015

Fuerte 2015.

Udało mi się zmontować film z wyjazdu na Fuerteventurę, a nie było łatwo.

Już w pierwszy dzień, praktycznie na pierwszej fali złamałem mocowanie do kasku
kamerki Go Pro. Zdałem sobie z tego sprawę dopiero jak wyszedłem na brzeg.
Pękł jeden z elementów i kamera trzymała się tylko na jednym zaczepie,
cały czas filmując opadnięta w dół.

Zmuszony byłem korzystać z mocowania na rękę, ale wtedy kamera znajduje się
zbyt blisko wody i cały czas jest zachlapywana.
Przez to większość ujęć najbardziej kozackich fal nie nadawała się kompletnie do
wykorzystania w filmie.
Jakby tego było mało, w ostatni dzień złamałem i to drugie mocowanie...

Na szczęście fale dopisały wyśmienicie i zaliczyłem kilka pięknych sesji.
Szczególnie ostatnie dwa dni były przepotężne.
Według prognozy fala miała mieć 2,5m z okresem 17s.
No, no 2,5m to chyba miały te najmniejsze z setu.
Śmiało mogę powiedzieć, że największe miały ponad 3m.
Na pewno były to największe i najpotężniejsze fale,
na jakich do tej pory surfowałem.
A muszę przyznać, że nawet dawałem radę :)



sobota, 11 października 2014

La Torche.

Mamy przyjemność zaprezentować pierwszy polski film bodyboardowy z wypadu nad ocean.
Materiał powstał we Francji i w większości został nakręcony na znanym spocie La Torche w Bretanii.
Warun dopisał wyśmienicie. Dzień w dzień przez dwa tygodnie było pływanie na 1,5 - 2m falach.
Dwa lub trzy razy swell miał ponad 2,5 metra z okresem dochodzącym do 20s.
Przez cały czas praktycznie bez wiatru lub z lekkim offshorem.
Do tego wszystkiego należy doliczyć najcieplejszy wrzesień w Bretanii od 59r.
Jeden dzień lekko pokropiło, a resztę czasu mieliśmy pogodę plażową.
Full wypas, szczególnie, że dla mnie był to wyjazd rodzinny.

Długo mógłbym się rozpisywać i popadać w zachwyt, że był to najlepszy urlop w moim życiu,
ale po co, skoro wszystko widać na filmie :)

 Chciałbym podziękować wszystkim osobom, które poznałem na wyjeździe
i z którymi dane mi było surfować oraz spędzać wesoło wieczory przy winie i dobrej strawie.

Naprawdę mocna ekipa!

Szczególny respect dla Pawcia Surfing Polska a.k.a. Baltica Ziom, za zorganizowanie wyjazdu i 100% zajawę.

Jeżeli ktoś się zastanawia nad wyjazdem na Bretagne Surf Camp 2015,
to moge z góry polecić wyjazd jako mega "progresywny" :D

 Zapraszam na seans i widzimy się na Bałtyku przy następnym warunku.


poniedziałek, 10 marca 2014

Głupi Polak czyli dobrego początki.

Każda historia ma swój początek. Tak się niefartownie składa, że moja przygoda z bodyboardem miała dość żałosny początek. W sumie nie ma się czym chwalić, a wszelkie dowody tej nieszczęsnej padaki powinienem raczej zagrzebać głęboko w folderach dysku twardego. Niestety, jedną z misji naszego bloga jest popularyzacja boogieboardingu w Polsce. Postanowiłem więc na własnym przykładzie pokazać, że nawet nie mający pojęcia o tym sporcie grubas z zerową kondycją, może spróbować swoich sił, a z czasem, kto wie...

No dobra, ale od początku. 

Sportami ekstremalnymi interesowałem się od zawsze. Już w podstawówce pływałem na windsurfingu, a w zimie jeździłem na nartach. W liceum zaczęła się zajawka na deskorolkę, którą kocham do dzisiaj i co kilka dni staram się jeździć, chociaż najlepsze czasy w tym sporcie mam już dawno za sobą, a przez te kilkanaście lat miałem sporo przerw i powrotów. Pod koniec studiów i po studiach, sportu w moim życiu było niewiele, żeby nie powiedzieć wcale. Poświęciłem się fotografii i jakoś tak powoli obrastałem w tłuszcz. Pewnie byłoby tak do dnia dzisiejszego, gdyby nie podróż poślubna do Brazylii.

Na początku 2009r. udaliśmy się z żoną w podróż poślubną na wyjazd marzeń do Brazylii. Wtedy byłem już konkretnie zapuszczonym wieprzem z wagą dochodzącą do 110kg - najwięcej ever. Taki rolmops jak ja wtedy, ledwo poruszał się z torbą wypakowaną sprzętem fotograficznym w ponad trzydziestostopniowym skwarze. Mimo to trzymałem się dzielnie i dużo wędrowałem, żeby zrobić jak najwięcej zdjęć. Kilka razy udało mi się wstać o świcie, żeby trzaskać foty na streecie, kiedy moja żona jeszcze smacznie spała w hotelu. Tak naprawdę wtedy rozpoczęły się moje dwie sportowe pasje: bieganie i surfing. 

Wychodząc wczesnym rankiem z hotelu, doznałem szoku. Cała nadmorska promenada była zatłoczona biegającymi ludźmi. Na początku myślałem, że odbywa się jakiś maraton albo inne zawody. Okazało się, że to po prostu ludzie uprawiający poranny jogging, zanim nie zrobi się zbyt gorąco by biegać. W życiu czegoś takiego nie widziałem. Wyglądało tak, jakby całe miasto wyszło biegać. Ten wyjazd był dla mnie ogromną inspiracją i zmienił mnie o 180 stopni i to nie tylko dlatego, że po powrocie do Polski zacząłem biegać. Wtedy w Brazylii zaobserwowałem coś jeszcze. Otóż widziałem dzieciaki śmigające po falach na brzuchu. Nie chodzi nawet o to, że pierwszy raz widziałem surfing na żywo, tylko na czym oni pływali. Były to biedne dzieciaki z faweli, które do surfowania używały kawałków styropianu. Wtedy pomyślałem, że skoro one mogą surfować na byle czym, to nie musi to być wcale takie trudne...

Rok później znowu znalazłem się w surferskim raju na Wyspach Kanaryjskich. Znowu skupiałem się głównie na fotografowaniu, chociaż coraz mocniej chodziła mi po głowie myśl, żeby spróbować surfować na brzuchu jak dzieciaki z Brazylii. W końcu w przedostatni dzień pobytu na wyspie, kiedy smażyliśmy się na plaży, zauważyłem, że są dosyć przyjemne fale, na których mógłbym spróbować surfować. Nie wytrzymałem i pojechałem do miasta, żeby kupić taką tanią chińską deseczkę dla dzieci i spróbować zajawki. Jakoś tak nie wiedzieć jak i czemu, wylądowałem w lokalnym surfshopie, gdzie miła pani sprzedawczyni szybko uświadomiła mi, że delikwenta o mojej zaokrąglonej posturze taka tania zabawka nie utrzyma na wodzie. Szkoda pieniędzy i lepiej dorzucić te kilkadziesiąt euro i kupić prawdziwego bodyboarda. A że było akurat po sezonie, mieli dobre wyprzedaże, a w Polsce nie miałem co marzyć o takim sprzęcie, więc długo nie zastanawiałem się.

Przesympatyczna pani w wielkim skrócie objaśniła mi co, gdzie i którą ręką powinienem trzymać i że no tak, jeszcze leash by się przydał, aha no i płetwy do tego i yymmmmm no skoro już wydam tyle kasy, to szkoda, żeby mój nowy sprzęt się połamał w transporcie, więc powinienem dokupić pokrowiec. Yuup, tak zapakowany pojawiłem się z powrotem na plaży, gdzie po przekonaniu żony, że to przecież będzie zajawa na całe życie, postanowiłem wypróbować mój nowy sprzęt. W międzyczasie fale jakby siadły i poza taplaniem się w wodzie ze szwagrem nie wyszło z tego nic pożytecznego. W sumie nic to, pomyślałem. Spróbuję za rok... chyyyba... chyba żeby namówić wszystkich na szybką zmianę miejscówy i pojechać na zachodni brzeg, gdzie wcześniej widzieliśmy naprawdę konkretne fale... W końcu na drugi dzień mieliśmy samolot i jeżeli DZISIAJ nie złapię żadnej fali, to zajawka może rozejść się po kościach i zostanę z nowiutką deską w fikuśnym pokrowcu.

No i tu dochodzimy do sedna sprawy. Wtedy to były dla mnie polaczka, ogromne fale nie do ogarnięcia. Dzisiaj, jak oglądam ten film, widzę, że wcale nie były aż takie straszne, a ich jakość też pozostawia wiele do życzenia. Niemniej z kondycją bliską zeru, wiedzą jeszcze mniejszą, wbiłem się bez ceregieli w tą wirówkę i jakoś przeżyłem. Złapałem coś na kształt piany, ale ta adrenalina, która wtedy się we mnie wyzwoliła - to je to panie :)

Na dzień dzisiejszy z powodu niesłabnącego zamiłowania do wlewania w siebie burego trunku, a także uwielbienia do wtykania w siebie kolejnych kawałków pizzy, nadal mam co zrzucać jeżeli chodzi o tuszę. Mogę tylko nieskromnie stwierdzić, że w stosunku do okresu podróży do Brazylii, obecnie jest mnie prawie 20kg mniej - jogging i boogieboarding bejbe.

Dobra kończę tą spowiedź. Mam nadzieję, że ktoś kiedyś trafi na tego posta i dzięki niemu postanowi spróbować swoich sił na bodyboardzie.
Poniżej trochę sentymentalnego materiału foto i video.

Mój synek Oskar, na nowej desce taty.


środa, 18 grudnia 2013

Fuerteventura 2013

Rok się kończy, więc w ramach podsumowania prezentujemy kilka zdjęć ze styczniowego wyjazdu Sikora na Fuerteventurę. Wszystkie fotki pochodzą z pierwszego dnia pobytu, kiedy to warun był na poziomie ekspert. Miejscówka to el Cotillo, na którym to spocie, kilka lat wcześniej Sikor rozpoczął swoją przygodę z bodyboardem. Wtedy mało nie utonął przy próbie złapania swojej pierwszej piany (niebawem zamieścimy również filmik z tej żałosnej padaki), ale i tym razem miejscówka nie była łaskawa. Jeden z breaków cisnął cielskiem niedoszłego wilka morskiego o dno i w efekcie przez resztę wyjazdu, bark i ogólnie prawa górna część ciała ledwo funkcjonowała. 

Nie poddajemy się - w niedalekiej przyszłości planujemy kolejny wypad na Fuerte, aby ujarzmić ten magiczny spot i zakończyć rozgrywkę pięknym barrelem :) Tymczasem możecie się rozkoszować zdjęciami cudownych fal, popisami lokalnych surferów, a na trzech ostatnich fotkach Sikor i jego zmagania z monsterami z el Cotillo.